| |
ksiega gosci
2009 lipiec czerwiec
|
|
Long live core.void.pl! - hołd na cześć maszyny!
|
Moja zabawa z Linuxami i Unixami zaczęła się w wakacje 1999 roku, tuż przed rozpoczęciem studiów. Jakiś czas później w moje ręce wpadła domena void.pl, którą magiczną mocą portfela udaje mi się utrzymywać do dziś. Pamiętam jak 10 lat temu walczyłem z Base'em o kanał #hack.pl na IRCnecie. Najpierw eggdropy, potem voidy, jeszcze później sharki itd. Nazwy botów się zmieniały, ale zawsze chodziło o jedno. Zdobyć i utrzymać kanał. Taka zabawa dla eChłopców (pewnie też dla niektórych eDziewczynek). Tak czy inaczej do utrzymywania botów potrzebny był serwer z shellem, a w tamtych czasach, był to bardzo chodliwy towar. W ten oto sposób, któregoś wieczoru padł pomysł zainstalowania core.void.pl opartego o Slackware 8.0, na łączy 300kbps UP/DL. Czasy się zmieniały, nowe wersje Slackware'a wychodziły, core.void.pl był mniej lub bardziej używany i dosłownie dwa razy (!) sprzętowo modyfikowany... Chodzi do dziś. Przezwyciężył serwery latające na gigabitowych łączach, o bebechach opartych o Xeony i gigabajty RAMu... Ostatnio znów do niego wróciłem. Odczyściłem śmieci, odkurzyłem, poprzenosiłem dane z UK do PL... Działa.
Tak czy inaczej... Nie raz ratował mi DUPĘ...
... i dlatego ten wpis poświęcam właśnie tej maszynie ...
LONG LIVE CORE.VOID.PL
|
genius 2009-07-11 22:26:25
skomentuj (0)
Open'er 2009
|
Minął prawie tydzień od powrotu z tegorocznego Open'era a ja nie mogę się zebrać, żeby napisać o nim parę słów. Zwalę to może na fakt, że nadal żyję tym festiwalem - trudno więc pisać o czymś w czasie przeszłym, jeżeli to coś się nie zakończyło :). Postaram się jednak wynieść ponad szczyty i parę słów napisać.
Tegoroczny Open'er był dla mnie czymś nowym. Muszę się przyznać, że poza koncertem DJ Premiera, który grał w Łodzi w czerwcu 2008 roku, praktycznie nigdy nie byłem na koncertach - a już napewno nie na tak wielkich. Pojechaliśmy tam w 3 osoby. Gorąco mnie namawiali na ten wyjazd, a ja dość sceptycznie nastawiony, migałem się do ostatniej chwili. Koniec, końców ruszyliśmy w czwartek około godziny 16:00. Dość późnawo, ale i tak udało nam się zdążyć na Basement Jaxx. Po koncercie postanowiliśmy szukać kwater w Gdyni. Niestety nic się nie znalazło, więc pozostało nam spać w samochodzie parę godzin. Plan był, by spac w samochodzie, a rano chodzić na basen kąpać się ;P. Magda - jedna osób, które ze mną były - zaproponowała przejechać się i dospać na plaży. Spotkaliśmy po drodzę osobę, która wskazała Rewę, jako miejsce z najładniejszą plażą w okolicy. Tam też skierowaliśmy koła naszego samochodu. Była to podwójnie, a nawet potrzójnie trafiona decyzja: ładna plaża, knajpka z dobrym jedzeniem i kwatery! A wszystko 8 km od Kosakowa - miejsca, gdzie odbywał się Open'er...
Kolejne dni płynęły dość rytmicznie. Najpierw plaża, potem wycieczki do Gdyni (na lody świderki i zakupy), żeby w końcu powrócić do Kosakowa na koncerty. Najbardziej wyczekiwałem koncertów Moby'ego, Pendulum, OSTRego, Kings of Leon, Placebo i Prodigy. Pozostałe zespoły jakoś mnie mało obchodziły. Nie mówię, że źle grały. Ale wachlarz wrażeń jaki mi zafundował ten wyjazd, pozwolił mi się skupić jedynie na wyżej wymienionych.
Moby zagrał dla mnie zajebiście i pewnie będzie to bardzo subiektywna ocena. Lubię Moby'ego. Towarzyszy mi od pierwszych kroków w Internecie, czyli od 1999 roku. Usłyszałem kawałki, które chciałem usłyszeć: od skocznych, po nostalgiczne. Darłem się w niebogłosy, jak grał "I feel so real". Następnego dnia grało Pendulum. Czekałem na 2 ich kawałki - "Tarantula" i "Hold Your Colour". Były to dwa utwory, które towarzyszyły mi w tym roku na snowboardzie i bardzo chciałem je usłyszeć na żywo. Tak też się stało. Dodatkowo mile zaskoczyli mnie kawałkiem "I'm Not Alone", który przez parę następnych dni usilmnie szukałem. W końcu udało mi się dobić do tegorocznych nagrań z Glastonbury. Ostatniego dnia OSTRy nie zaskoczył mnie. Fajnie że poruszył temat dzieci, ale strasznie się go uczepił i niestety stwierdzę, że więcej w tym było kazania niż przesłania. Jedno zdanie zapamietałem i szacunek dla chłopaka za to: "Jak będziecie chcieli kupić naszą płytę, to najpierw przeznaczcie te pieniądze na dom dziecka". Dziekuję również za pozdrowienia dla rocznika 1980 :). Po OSTRym z niecierpliwością oczekiwałem na "Kings of Leon". Dali popis, my również. Postanowiliśmy zacząć przebijać się przez tłum w stronę barierek przy scenie, tak, żeby na "Prodigy" być jak najbliżej. Przedzieranie się przez linie wroga zajeło nam 4 godziny, ale warto było. Bardzo ciekawe uczcie bujać się z tłumem, to w prawo, to w lewo, to w przód, to w tył :). Tak też spędziliśmy czas na "Kings of Leon" i "Placebo". Na koncercie tego ostatniego zaczęło już się robić niebezpiecznie. Ludziom szajba odbiła do głow i srogie pogo uskuteczniali. Jeden uczestnik zgubił telefon. Nagle tłum się rozstąpił, by umożliwić poszukiwania telefonu. Koniec końców znalazł się. Przy okazji ktoś znalazl 20 groszy, co zostało odnotowane przez tłum dzikim okrzykiem "Yeeeeeeaaaaah!". Po "Placebo" ludziom już zupełnie odbiło. Każdy napierał do przodu. Nie należę do osób wysokich, dlatego niewiele widziałem. Pamiętam tylko sporo potu i łez ;). Wytrzymałem 3 metry od barierek przez 4 minuty, czyli tyle ile trwał pierwszy kawałek "Prodigy". Potem porposiłem Darka, żeby mnie wyniósł ponad tłum i uskuteczniając Crowd Surfing przemieściłem się w stronę sceny. Trochę zagubiony ruszyłem w stronę wyjścia, pytając się czy tu mam iść...
JAKIŚ SPIERDOLNY DO RESZTY OCHRONIARZ - CHUJ CI W DUPĘ STARY, JAK TO CZYTASZ - ZŁAPAŁ MNIE ZA RĘKĘ I ZACZĄŁ SIĘ WYDZIERAĆ, ŻEBYM SPIERDALAŁ STĄD. SAM NIECH SPIERDALA NIEMYTA KOŃSKA SPIERDOLINA W CZARNYM STROJU JEŹDŹCA BEZ GŁOWY.
Rozumiem, że mógł być zestresowany ogromem osób, które tam się znajdowały, ale po co od razu bluźnić i się szarpać - szczególnie, że był o 4 głowy wyższy ode mnie. Inni ochroniarze jakoś potrafili kulturalnie wskazać drogę wyjścia spod sceny.
Powrót z Open'era wydawał się trwać w nieskończoność i chyba tak powinno być. Czas się nie liczył, wszyscy żyliśmy Open'erem... Z niecierpliwością czekam na kolejną edycję za rok!
|
genius 2009-07-11 19:29:33
skomentuj (0)
Qui qu'a vu Coco...
|
Czerwiec zakończył się dość ciekawie. Miałem bowiem przyjemność pójść do kina na "Coco avant Chanel". Jadąc do multipleksu zastanawiałem się, jak poradzi sobie z rolą Audrey Tautou. Widziałem tą aktorkę w kilku produkcjach "Amelii", "L'auberge espagnole", "Les poupées russes" oraz "Kodzie Leonarda Davinci". Nie czytałem biografii Gabrielle Bonheur Chanel, zatem liczyłem, że Anne Fontaine będzie trzymała się oryginału. Ponownie zacznę od tytułu. Coco AVANT Chanel. "Avant" w języku francuskim oznacza "przed" i dokładnie o tym był film. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, napewno poczyta Wikipedię lub inne źródło informacji i dowie się, jak wyglądało życie Coco, zatem nie będę tu przytaczał i powielał informacji. Napiszę po prostu tak, film obejmuje życie kreatorki mody od okresu dziecięcego po okres pierwszych sukcesów w Paryżu. "Simplicity is the keynote of all true elegance" bardzo dokładnie oddaje to co zobaczyłem na dużym ekranie. Bufoniaste stroje francuskich dam początku XX wieku silnie kontrastowały z kreacjami Coco: prostymi, eleganckimi, często zahaczającymi o elementy męskiej garderoby. Podobał mi się sposób w jaki operator ukazał Coco, "widzącą" nowe kreacje. Kadry pokazujące koszulki w paski marynarzy, pasję z jaką Audrey łapała za nożyczki, by stworzyć coś nowego. Nie było w tym chaosu, szapraniny. Wszystko ukazane delikatnie, z elegancją.
Co więcej pisać... myślę, że - podobnie jak ja - osoby zainteresowane postacią Gabrielle "Coco" Chanel z uśmiechem na twarzy wyjdą z tego filmu.
|
genius 2009-07-01 15:03:48
skomentuj (0)
Transformers: Revenge of the Fallen
Wczoraj miałem przyjemność pójść ze znajomymi - Przemkiem, Krzyśkiem i Łukaszem - do kina i obejrzeć film "Transformers: Revenge of the Fallen". Specjalnie nie używam polskiego tłumaczenia filmu, gdyż wkradł się w niego błąd. Dość poważny tak sądzę. Może zatem zacznę od tego tematu. Fallen, to jedna z postaci - robotów, występujących w filmie. Zatem tytuł powinien brzmieć: "Transformers: Zemsta Upadłego", a nie "Transformers: Zemsta upadłych". To tyle w kwestii tytułu. Jestem fanem Transformerów od dziecka, dlatego moja opinia napewno nie będzie obiektywna. W podstawówce bawiliśmy się z przyjaciółmi w Transformerów i choć nasze przemiany dość śmiesznie wyglądały, to jednak było wesoło. Warto też wspomnieć, że gdy ktoś przyniósł zabawkę Transformera do szkoły - lekcja stawała się tylko tłem ;P. Mój ulubiony Transformer. Było ich kilka, ale prym wiódł Optimus Prime. Po raz pierwszy zobaczyłem go w programie 5-10-15, potem na żywo, jak mój przyjaciel Kuba - który zresztą projektuje teraz w Platige - kupił (a właściwie rodzice mu kupili) i przywiózł sobie go z wakacji we Francji - a było to gdzieś koło 1988 roku :).
Wróćmy jednak do filmu. Byłem niezmiernie mile zaskoczony, że można zrobić bezustanne walki robotów z małymi przerywnikami na napicie się Pepsi/Coca-Coli i schrupanie popcornu. Farmy serwerów, które to renderowały napewno nieźle się przy filmie napracowały. Sam wygląd robotów, jak zwykle zachwycał. Mnogość szczegółów nieraz przyprawiała o ból głowy i szybki ruch oczu - szczególnie podczas zbliżeń walczących Transformerów. Jedyne co mi się nie podobało, to podejście do Prime'ów, Fallen bowiem wyglądał trochę jak z LEGO Bionicle. Nie będę opowiadał o fabule, bo myślę, że każdy na swój sposób ją oceni. Jest w filmie dużo humoru, trochę romansu i sporo... hmmm seksu ;). Muzyka skomponowana przez Steve Jablonskiego jest bardzo klimatyczna. Zresztą już w "Wyspie" to pokazał. Świetnie dobrana, dodaje znakomitego tła do obrazu. Szczególnie w chwilach walk. Wiadomo, że nie użyto tam takiej ilości "wojska" jak przykładowo we "Władcy pierścieni", ale na swój sposób każda z potyczek wygląda w "Transformerach" dość epicko. Po dwu godzinach i 30 minutach wyszedłem z kina ubawiony po pachy i niezwylkie rozpromieniony! Nie będę się w nim dopatrywał głębi, drugiegi, trzeciego, czwartego dna. Jest po prostu zajebisty, bo o Transformerach. Koniec i kropka.
A skoro o Transformerach, to jak to z Łukasz ( ^elcukro) powiedział, a ja się z tym w pełni zgadzam: film głównie skierowany jest do osób, które w latach 80-tych znały Autoboty i Decepticony z animowanych filmów na niemieckich stacjach puszczanych przez telewizje kablowe. Dla nas owa animacja była czymś realnym, działającym na wyobraźnię i kreującą myśl typu "fajnie, że takie Transformery są". Teraz dorośliśmy i nagle, na dużym ekranie widzimy roboty poruszające się między ludźmi, zatem... One jednak naprawdę istnieją :).
Czekam z niecierpliwością na wersję Blu-Ray filmu i będę oglądał, oglądał, oglądał.
|
genius 2009-06-27 13:34:10
skomentuj (0)
Polskie drogi...
|
... i bynajmniej nie chodzi o serial. Wracałem wczoraj z Lublina do Łodzi. Fakt, była burza, więc widoczność jest ograniczona i trzeba jechać wolno. Dostosowałem zatem prędkość do panujących warunków. Na nic się to zdało w konfrontacji z tirem. Jak wiadomo to duże pojazdy, zatem żeby wyminąć się na odcinku w okolicach miejscowości Ossa, trzeba czasem zahaczyć o pobocze. Szczególnie do dupy jest, gdy dodatkowo pada deszcz... Nie, jak pada deszcz, to jeszcze jest dobrze. Tu była sroga burza, a deszcz napierdalał. No i niestety poryłem kołami w 2 dziury. Droga była nowa, zatem zapytam tak. Jaki złamas wymyślił tak wązką drogę? Pół biedy, jak by nie wziął pod uwagę, że jeżdżą tamtędy tiry, ale tiry tam ZAWSZE jeździły i jeździć będą. Ciekaw teraz jestem jak to się zakończy - czy na naprawie felg(i), czy też coś z zawieszenia poszło. Tak czy inaczej - koszty. Już ustawiłem się z mechanikiem.
|
genius 2009-06-25 09:22:50
skomentuj (0)
21.06 - Światowy Dzień Deskorolki w Łodzi
|
W przerwie między weselem przyjaciółki a poprawinami udało mi się wyskoczyć na parę godzin na dechę. Okazja tego kalibru zdarza się raz na rok. Wczoraj (21-go czerwca) był Światowy Dzień Deskorolki. Ja miałem przyjemność obchodzić go w Łodzi. Nie zdążyłem na sam początek, czyli na przejazd spod sklepu Nervous'a wzdłuż ul. Piotrkowskiej pod Central, ale szybko do ekipy dołączyłem. Nie będę w błędzie mówiąc, że przewinęło się chyba 300 osób przez wszystkie miejscówki. Zaczęliśmy od Centralu 1 i paru schodów. Deski od czasu do czasu lądowąły na ulicy pod samochodami, także chwiliami było niebezpiecznie, ale no pain no game, jak mawiają najstarsi highlanders :). Po rozgrzewce ruszyliśmy w stronę Cetralu 2 i Juventusu - na słynne 7 schodów (dla Igora K. 6, żeby dalej skakał). Guga zapodał hasło - dla pierwszego kickflipa - deska! No i się zaczęło. Kilka boardów połamanych, okrzyki radości, i hasła podgrzewające do walki. Po skatowaniu tej "przeszkody" ruszyliśmy na pasaż Schillera i pod NOT, gdzie wszyscy zaczęli katować pomnik a następnie schody i mini launch zrobiony niechcąco lata temu przez panów wykładających kostkę ;). Później ruszyliśmy pod Hotel Centrum, gdzie odbył się konkurs najwyższego ollie. Padło 6 desek - nagrodą były buty. Niestety po HC musiałem odłączyć, ale impreza nie skończyła się... Z tego co mi wiadomo następne miejscówki to Plac Wolności, Bank na Zgierskiej i Radogosz. Najważniejsze, że pogoda dopisała, słońce prażyło, RedBull chłodził niektórych, a innym dodawał energii. Mam nadzieję, że wszyscy wrócili z taką, albo i większą, radochą na twarzy jak ja.
Skateboarding is not a crime!
|
genius 2009-06-22 20:47:47
skomentuj (0)
Lakai Fully Flared
|
Parę dni temu wpadł mi w ręce film "Fully Flared" wypuszczony przez producenta obuwia skateboardowego Lakai. Z filmem wiąże się niekiepska historia, albowiem był on kręcony dobre parę lat. Skupił wokół siebie ludzi, którzy przeszli z DC - ale nie wyłącznie. Film jest niesamowicie płynny, ma dobrze zrobione zajawki riderów, a czołówka rewelacyjna. Osobiście najbardziej podobał mi się przejazd Guy'a Mariano. Dodatkowo przeglądałem sobie materiały produkcyjne i tym razem warto było. Ciekawie jest czytać historie skateboarderów, którzy po latach weszli z powrotem na dechy :). Toż to prawie jak my obecnie. W filmie jeżdżą:
Mike Mo Capaldi
Anthony Pappalardo
Jesus Fernandez
Lucas Puig
Cairo Foster
Jeff Lenoce, Scott Johnston, Rob Welsh
Alex Olson
Rick Howard
Mike Carroll
Brandon Biebel
Eric Koston
Guy Mariano
Marc Johnson
Muzyka świetnie dobrana, można się przy niej wczuć w jazdę i co ważniejsze - załapać zajawę na ostrą jazdę. Montaż 6 skateboarderów robiących te same tricki w 6 różnych lokacjach zwalił mnie z nóg, a różne faile z efektami specjalnymi podwójnie działają :). O czołówce chyba nie trzeba wspominać, bo po prostu jest wybuchowo rewelacyjna. Szczerze polecam film!!!
|
genius 2009-06-19 15:30:42
skomentuj (0)
|
|
:: propaganda maWyjebane.pl na nudę! gentoo emerged slackware powered
:: friends home , sweet home kierzko the bastard operator from hell |